DZIENNIK POZNAŃSKI



7.01.1998

7.01.1998 - "Boża podszewka" na półmetku

BRONIĘ CYWIŃSKIEJ

MAMY wreszcie w TVP poważny polski serial, a nie jakąś durnowatą telenowelę, oparty na poważnej, dobrej prozie, emitowany na dodatek w porze największej oglądalności. Serial Cywińskiej ma sporą widownię, wzbudził jednak wiele kontrowersji, a na reżyserkę posypały się gromy, głównie ze środowisk byłych mieszkańców Wileńszczyzny. "Boża podszewka" została już "oprotestowana" przez kilka Towarzystw Miłośników Wilna i Kresów Wschodnich.

"BOŻA PODSZEWKA"

 

nie jest pierwszym spotkaniem Izabelli Cywińskiej z twórczością Teresy Lubkiewicz-Urbanowicz. W latach siedemdziesiątych, jeszcze jako dyrektorka Teatru Nowego w Poznaniu, wyreżyserowała jej sztukę "Wijuny": mroczną, tajemniczą i poetycką, za którą otrzymała kilka nagród na Festiwalu Dramaturgii Polskiej we Wrocławiu.
"Boża podszewka" to powieść głęboko realistyczna, oparta na wspomnieniach autorki - to saga rodzinna Jurewiczów z Juryszek Wileńskich na kresach. Rozpoczyna się w 1900 roku narodzinami najmłodszej w rodzinie Maryśki, a kończy w 1945 roku, kiedy bohaterowie zmuszeni są opuścić rodzinną Wileńszczyznę. Powieść przeszła nie zauważona, gdyż nikogo nie była w stanie zaszokować (dziś wszystko musi być "szokiem"!), miała jednak dobre recenzje, a Czesław Miłosz, sam kresowiak, skomplementował ją w ten sposób: "... dla mnie lojalność wobec rzeczywistości jest cechą dobrej prozy i za to składam autorce powinszowania".
Izabella Cywińska nakręciła na podstawie "Bożej podszewki" piętnastogodzinny serial, z którego dotąd obejrzeliśmy siedem odcinków. Nie jest to żadna mydlana opera w rodzaju "Mody na sukces", jest to wreszcie serial o naszych, polskich sprawach, o losach polskiej rodziny zamieszkałej na kresach - o jej smutkach, dramatach, radościach i nadziejach, o życiu ciężkim i pracowitym i na pewno nie wydumanym. Coś w rodzaju "Nocy i dni" Marii Dąbrowskiej.
Jeszcze w czasie nakręcania zdjęć Cywińska uprzedzała, że będzie to

kino akcji wewnętrznej,

 

które niczego nie wyjaśnia do końca, nie dopowiada, nie narzuca. "Zawiesza pewne stany psychiczne, pokazuje ludzi w całym ich bogactwie. Nie są oni tylko dobrzy, ani tylko źli. Są rozmaici. Próbują sami siebie poznać, nazwać, określić, poprawić. Cały czas walczą - ze sobą i ze światem".
Główną bohaterką jest Maryśka (dobra Agnieszka Krukówna), od momentu narodzin skazana na życiowe niepowodzenie - takie brzydkie kaczątko, odpychane przez wszystkich, pogrążone we własnym świecie. Jej oczyma spoglądamy na dziejące się zdarzenia, przyglądamy życiu wielodzietnej rodziny Jurewiczów i ich sąsiadów. Określenie "boża podszewka" odnosi się właśnie do Maryśki - tak na kresach mówiono o kimś, kogo uważano za gorszego - byle jakiego, nieprzystosowanego do rzeczywistości.
Cywińska mówiła, że chciała pokazać na ekranie

"nielukrowaną prawdę"

 

o ludziach i świecie, o tej ludzkiej podszewce, pod którą skrywa się wiele tajemnic i wrażliwości. Myślę, że tę prawdę - zarówno zewnętrzną, jak i wewnętrzną - udało się reżyserce ukazać w całym swoim bogactwie i różnorodności. Czujemy tu prawdziwe, autentyczne życie, a sylwetki ludzkie nakreślone są wyraziście i przekonywająco; są to bohaterowie z krwi i kości, z wadami i zaletami, jednocześnie - i dobrzy, i źli, nie do końca określeni. W niczym nie przypominają przerażająco schematycznych i pustych bohaterów z amerykańskich, taśmowo tłuczonych seriali. Świetny jest Andrzej Grabowski w roli głowy rodu Jurewiczów - jurny chłop, zdradzający żonę, dbający jednak o rodzinę, ale Danuta Stenka jako żona i matka wypełnia sobą ekran. To ona stwarza ten dom i jego atmosferę, nie jest jednak postacią idyliczną.
Skoro wszystko jest takie cacy, jak piszę, to skąd biorą się tak gwałtowne ataki na serial?
Głównym powodem są kresy, Wileńszczyzna, do której wielu Polaków (nie tylko rodowitych wilnian) czuje przeogromną sympatię i wielką miłość, "uświęcone" już przez Mickiewicza (słynne zdanie: "Litwo, ojczyzno moja...") i bogatą literacką tradycję - od "Nad Niemnem" Orzeszkowej po "Kronikę wypadków miłosnych" Konwickiego i "Dolinę Issy" Miłosza. Ta

sentymentalno-rom antyczna tradycja,

 

a także tęsknota za ziemiami utraconymi, które dla wielu były "małymi ojczyznami", są ciągle wśród nas żywe. Są to światy urzekające - ze względu na pejzaż - te polskie dworki ukryte wśród zieleni, łany pszenicy, bezkresne łąki, krzyże na rozstajach dróg - a przede wszystkim ze względu na ludzi mówiących śpiewną, kresową mową, pracowitych, noszących polskość w sercu, pielęgnujących polskie obyczaje i styl życia. Symbolem kresowiaków stali się Bohatyrowicze z "Nad Niemnem", tymczasem w powieści Teresy Lubkiewicz-Urbanowicz i serialu Izabelli Cywińskiej żadnych Bohatyrowiczów, obnoszących się ze swoją polskością i patriotyzmem nie ma. Cywińska brutalnie zrywa z tamtą literacką tradycją, odmitologizowuje kresy, przedstawiając Wileńszczyznę bez melancholii i sentymentalizmu, bez wielkich narodowych uniesień, wzniosłych postaw. Ukazuje bohaterów przeciętnych, zwyczajnych w swoim codziennym trudzie, wcale nie myślących o tym, że są na tych terenach "ostoją polskości" i "przedmurzem chrześcijaństwa". Rodzina Jurewiczów jest niemal schłopiała, a ich "dworek" w niczym nie przypomina okazałego dworku z powieści Orzeszkowej: od chłopskiej chaty odróżnia się chyba tylko dwoma kolumienkami.
Ten świat ukazuje reżyserka biologicznie, wręcz naturalistycznie, poprzez prymitywne, brutalne odruchy - pijących, jedzących kiełbasę rękoma, po których spływa tłuszcz, żyjących instynktami. Wielką rolę w ich życiu stanowi popęd seksualny. To ludzie temperamentni, kłócący się i nienawidzący, zdradzający, ale i pełni rodzinnej miłości, pazerni, ale i litościwi na krzywdę. Swojscy, prawdziwi aż do bólu, mający w sobie coś z bohaterów Orzeszkowej, i z Gombrowicza zarazem. Nie ucukrowani, nie sprowadzeni do roli symboli. W serialu nie mówią oni kresowym językiem, z wileńskim zaśpiewem, ale może to i lepiej, bo gdy Anna Dymna zaczyna mówić "po prostemu" wychodzi z tego szopka. Nie bardzo też orientujemy się "po jakiemu" właściwie mówi służąca Jurewiczów - bo jest to chyba splot litewskiego, białoruskiego i ukraińskiego?
Jeśli zatem "Boża podszewka" budzi takie emocje i wywołuje tak gwałtowne krytyki pod adresem reżyserki, to dzieje się to głównie za sprawą jej odejścia od literackich i filmowych stereotypów w ukazywaniu kresów. Zarzuca się Cywińskiej przede wszystkim

wypaczenie obrazu Wileńszczyzny,

 

uczynienie z kresowiaków nieokrzesanych i nieobyczajnych chamów, folgujących do woli swoim zachciankom i popędom, niewiele mających wspólnego z "prawdziwymi wilniakami". "Przecież to środowisko rozwrzeszczanych erotomanów, pijaków i przygłupów nie ma nic wspólnego z Polakami z Wileńszczyzny" - woła w liście do redakcji "Życia" oburzony Jerzy Urbankiewicz, zarzucając serialowi - "całkowite złożenie go z nieautentycznych kawałków".
W piśmie Towarzystwa Miłośników Wilna i Kresów Wschodnich w Koszalinie, skierowanym do mediów, czytamy, że "w większości mężczyźni zachowują się jak koguty w kurniku, a żyjące obok nich kobiety jak ladacznice". Film określono jako "wyjątkowo mizerny" i z tego powodu Towarzystwo domaga się zmiany pory emisji serialu.
Natomiast profesor Mieczysław Rutkowski, prezes Poznańskiego Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej, powiada tak: "To drwina, jakaś niesmaczna parodia, z tym, że na pewno nie Wileńszczyzny, trudno powiedzieć czego. W naszej opinii szkaluje on Wileńszczyznę. Rani nasz lokalny patriotyzm".
Takich krytycznych głosów nadsyłanych przez widzów do mediów są dziesiątki, ale trzeba także pamiętać i o tym, że serial "Boża podszewka" ma swoich zagorzałych sympatyków, którzy dostrzegają w nim nie "drwinę" i "parodię", lecz przede wszystkim nie upozorowaną i nie upiększoną prawdę o ludzkich losach i świecie, który nie zawsze jest wypełniony romantycznymi uniesieniami i radosnymi blaskami. Trudno wymagać od schłopiałych Jurewiczów, aby błyszczeli inteligencją salonów, skoro ich podstawowym zadaniem jest nakarmienie bydła, rozrzucenie gnoju i zebranie plonów z pola. Rozumiem jednak miłośników Wileńszczyzny i kresowiaków, którzy "swoich" chcieliby widzieć na ekranie jako chodzące wzorce cnót moralnych i obywatelskich. Ale czy wówczas byłby to obraz prawdziwszy, czy też bliższy mitowi?
Sam jestem ukształtowany przez literacką tradycję, mam też wielce emocjonalny stosunek do kresów (głównie za sprawą Konwickiego), ale serial oglądam bez cienia irytacji i przygnębienia, gdyż: po pierwsze - jest on poważny w sensie tematycznym; po drugie - niepowierzchowny w warstwie realistycznej, ukazujący - mimo alarmów - niepowtarzalny smak kresów; po trzecie głęboki od strony wewnętrznych przeżyć bohaterów; po czwarte - pomijając większe, czy mniejsze niedoróbki - jest dobrze zmajstrowany od strony reżyserskiej; po piąte - o coś w nim wreszcie chodzi, a nie o to, kto komu da po łbie. Dlatego bronię Cywińskiej, czekając na kolejne odcinki!

Edward PAWLAK